Marcowy weekend. Godzina 10 rano. Ubierają nam szelki i pakują do więzienia o skandalicznie małych rozmiarach (zmieściłby się tam z nami jeszcze TYLKO jeden gruby kot). Wynoszą razem z więzieniem z domu i pakują w samochód. Nie powiem, miejsca w samochodzie mieliśmy więcej niż człowieki oraz w odróżnieniu od nich mieliśmy toaletę tylko dla siebie.

Nie powiedzieli gdzie jedziemy, po co, ani kiedy wracamy. Nawiązując do tytułu wpisu, do śmiechu nam nie było. Wydawało im się, że płakałem, a ja tylko wyrażałem swoją opinię i nie szczędziłem brzydkich słów! Płacz – co ja gadam!  – krzyki me pomogły o tyle, że mogliśmy jechać w pierwszej klasie. Możemy jeździć w pierwszej klasie, bo zachowujemy się w niej, jak dobrze wychowane koty, które ze strachu się nie ruszają. Ja pierdzielę, co ja piszę, jakiego strachu, z kultury osobistej :P

Okazało się, że jechaliśmy w celach rodzinnych, aż na Podlasie, do Grajewa. No nie powiem, metraż pomieszczeń i zakamarki do zwiedzania były wyśmienite. Mieliśmy swoją sypialnie i tam czuliśmy się prawie, jak w domu. Widok z okien na drzewo z ptakami zastępował nam telewizję. Kryjówka w kanapie była pierwsza klasa, a dywany… poezja miękkości dla kocich łap. Fotele i kanapy najlepsze do dziergania na nich naszych imion – tylko czasu zabrakło na wykończenie mebli :P

Jak tylko kot się przyzwyczaił do nowego otoczenia, to znów wpakowali nas na wpych do więzienia i ruszyliśmy w drogę, ponownie pierwszą klasą. Wyspałem się za wszystkie czasy przez 6 godzin jazdy. I dobrze, bo w domu trzeba było mieć siły na obejście wszystkich kątów, bo a nuż coś się zmieniło podczas naszej nieobecności.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, chociaż dom jakiś taki ciasny. No dobra, ale własny ;)